WSPOMNIENIE JESIENI

21 / 12 / 2023

Jesień to dla mnie najkrótsza pora roku, która mija w mgnieniu oka. Z kolei czas na jej podsumowanie uparcie nie może nadejść. Obowiązki w pracy piętrzą się wtedy już nie z dnia na dzień, a z godziny na godzinę, z minuty na minutę, by wreszcie kolejne tygodnie zlały się w jedną czasową masę, po brzegi wypełnioną sprawami zawodowymi. Doprawdy nie wiem kiedy z ledwo muśniętych złotem koron drzew moim oczom ukazały się gołe gałęzie z gęsto upstrzoną jemiołą, jakże wtedy widoczną! Tak jakbym zasnęła na te dwa i pół miesiąca i obudziła w połowie grudnia.  

(fot. Daniel Raczyński, ©Camerimage)

Ten ekstremalnie trudny dla mnie czas wymusił nie tylko przerwę w prowadzeniu bloga, ale i przestój w rejestrowaniu codzienności. Zwyczajnie zabrakło mi godzin w dobie i miejsca w głowie, żeby o tym pamiętać. Dlatego wiele obiecujący tytuł posta będzie w rzeczywistości dość skromnym podsumowaniem raczej powtarzalnych czynności, które składają się na mój jesienny żywot.

* * *

Ostatnia przyjemność przed maksymalnym wysiłkiem w pracy to odbywający się w drugiej połowie września Copernicon, czyli Toruński Festiwal Gier i Fantastyki. Jakaż tym razem była cudowna pogoda w trakcie całego wydarzenia! Pamiętam dobrze zeszłoroczną imprezę, gdy między festiwalowymi lokacjami biegałam w zimowym płaszczu, ubrana „na cebulkę”, w dwóch parach rajstop i w zimowych skarpetach na stopach. Tym razem wystarczyła koszulka z krótkim rękawkiem. Szok!

Ładuję baterie w „fantastycznym” towarzystwie.

Garść japońskich smakołyków na osłodę życia.

* * *

Od drugiej połowy września poranne spacery do pracy to jedyny moment w ciągu dnia, gdy mogę chwilę pobyć sama ze sobą, oczyścić głowę z czarnych myśli, odpocząć. Im dalej w las, tym każdy kolejny dzień pamiętam coraz słabiej, ale mimo wszystko nawet mi udało się uchwycić kilka magicznych momentów, których podczas tej wyjątkowo ciepłej i prawdziwie złotej jesieni było zadziwiająco wiele.

Jesieniarą zdecydowanie nie jestem, ale to bogactwo kolorów jestem w stanie docenić nawet ja.

Ostatnia z uchwyconych na zdjęciach, codzienna styleczka na jesień. Gdy patrzę na nią z perspektywy mroźnego końca roku, nie mogę się nadziwić, jak było ciepło!

W skład zestawu wchodzą: sukienka (Answear LAB), ramoneska (Ochnik), kowbojki (Wittchen), torebka (Vezze), kolczyki (Stradivarius)

* * *

Gdy cały dzień spędzasz w biurze i stajesz się powoli gościem we własnym domu, najbardziej cierpią nasi bliscy, również Ci czworonożni. Zabieranie ich ze sobą do pracy to w pewnym momencie konieczność, której mówię zdecydowane tak. Nic tak nie łagodzi skołatanych nerwów, jak śpiący przy biurku pies czy łaszący się do nogi kociak.

Oba te słodziaki nie moje, ale oba chętnie bym uprowadzi… przygarnęła!

Po kilkudziesięciu godzinach przed ekranem monitora, nawet gołębie zaczynają być ci bliskie.

* * *

Pierwsze wymierne efekty mojej pracy to garść festiwalowych publikacji, przy których maczałam swoje palce w mniejszym lub większym stopniu. W tym roku są to tradycyjnie katalog, Golden Book Waltera Murcha oraz album poświęcony zawodowej twórczości jednego z legendarnych autorów zdjęć, tym razem Petera Biziou.

Moje tegoroczne dzieci.

* * *

No a potem zaczyna się jazda bez trzymanki, czyli festiwal EnergaCAMERIMAGE, w którego organizację jestem zaangażowana od 2010 roku. Za mną moja 14. a w ogóle już 31. edycja tego filmowego święta, któremu jesienią oddaję całe serce i pełnię skupienia. Zawsze ciężko jest mi ocenić jak nam w danym roku poszło, bo z perspektywy kulis organizację festiwalu od lat odbieram jako niekończącą się udrękę dzikiej improwizacji i niczym nieorganicznego chaosu, ale opinie zbieramy raczej pozytywne, a ja sama wspominam ten rok ciepło i z uśmiechem na twarzy, więc chyba nie było tak źle.

Dla tej chwili żyjemy wszyscy. Uroczysta Gala Zakończenia… męczarni ;P (fot. Karol Zamorski, ©Camerimage)

Pokazaliśmy naprawdę fajne filmy, w tym sporo gorących premier, a konkurs studencki, w który jestem szczególnie zaangażowana, był tym razem wyjątkowo chwalony za wysoki poziom i różnorodność, co napawa mnie dumą i poczuciem dobrze wykonanego zadania. Marketowi najnowszego sprzętu i arcyciekawym seminariom towarzyszyły natomiast odwiedziny całej masy filmowych gości, jak Adam Driver, Willem Dafoe, Peter Dinklage, Sean Penn, Giovanni Ribisi, Krzysztof Zanussi, Jan Holoubek, Paweł Edelman, Dariusz Wolski, Anthony Dod Mantle, Ed Lachman, Rodrigo Prieto, Bill Kramer, Bob Geldof, Rebecca Miller, Floria Sigismondi, Jenny Beavan czy Mandy Walker, pierwsza w historii kobieta nagrodzona główną nagrodą zdjęciową przez Amerykańskie Stowarzyszenie Operatorów za zeszłorocznego Elvisa w reżyserii Baza Luhrmana!

Dwie festiwalowe nagrody, czyli statuetka, potocznie zwana „chłopkami” oraz prestiżowa Złota Żaba

Po zdjęcia gwiazd zapraszam na festiwalowe social media; tutaj ich nie znajdziecie. Natomiast poniżej garść moich osobistych wspomnień ilustrujących, jak wygląda festiwal filmowy z perspektywy jego organizatora.

Moje dwie galowe stylówy. Nie ma to jak wyszykować się na czerwony dywan dosłownie w 10 minut, odbierając w międzyczasie tuzin telefonów. Pierwsza suknia to upolowane na Vinted cudo od Yves Saint Laurent; druga to prototyp od MLE Collection kupiony w internetowym sklepie La Ronde. Tak, wiem, efekty końcowe nie powalają, ale wierzcie mi, to nie wina sukienek! xD (fot. Krzysztof Wesołowski & Szymon Jankowski, ©Camerimage)

Nie ma to jak wystroić się na galę, by zaraz potem usiąść w biurze, wśród kartonów i tak spędzić większość wieczoru.

Tak, ciągle w tym samym miejscu. Na szczęście od czasu do czasu udawało mi się odejść od biurka, by na przykład…

potrzymać komuś kwiaty… (fot. Sylwester Rozmiarek, ©Camerimage)

drzwi… (fot. Sylwester Rozmiarek, ©Camerimage)

statuetki nominacyjnie… (fot. Filip Tuchowski, ©Camerimage)

czy też ochronny kask budowalny… a co!

Bardzo, bardzo późne wyjścia z pracy…

…i bardzo wczesne poranki.

Z czasem widać to przede wszystkim pod oczami, czemu nie zaradzą już żadne komputerowe retusze (fot. Daniel Raczyński, ©Camerimage)

Ale co robić. Trzeba trzymać fason i byle przetrwać do końca. (fot. Krzysztof Wesołowski, ©Camerimage)

* * *

Gdy cały festiwalowy kurz wreszcie opadnie, przychodzi czas na… chorowanie. Nie pamiętam roku, żeby mnie po wszystkim nie rozłożyło. Tym razem jednak los był wobec mnie łaskawy i z koszyczka infekcji wylosowałam „zaledwie” grypę. Dzięki w miarę szybkiemu powrotowi do zdrowia na początku grudnia mogłam pozwolić sobie na krótki wyjazd do rodziny, za którą straszliwie się stęskniłam po tych długich miesiącach bardzo ograniczonego kontaktu. Wraz z rodzicami wybrałam się do Poznania, by odwiedzić siostrę i jej cudowną rodzinę. Lepszego sposobu na ponowne naładowanie baterii i zakończenie jesiennego sezonu nie mogłam sobie wymarzyć!

Nie ma to jak śnieg w Mikołajki. Idealna pora na sanki! Lepszej może już nie być ;)

Dumna ciocia z siostrzenicą.

* * *

Ze spokojem w sercu… dobra, żartowałam… w totalnym amoku przystępuję teraz do misji „Święta”, które tuż-tuż, a ja zaczynam od zera. Nie spodziewajcie się jednak fotorelacji z dekorowania domu czy wypiekania pierników. Nie moje klimaty. Niemniej, Boże Narodzenie to ciągle bardzo ważny dla mnie czas, gdy można spotkać się z bliskimi i zregenerować siły w rodzinnym gronie. Czego i Wam życzę!

___________________________________

Artykuł nie powstał przy czyjejkolwiek współpracy 
i nie zawiera lokowania produktu. 
Jeśli kogoś lub coś nim promuję, to robię to z własnej, nieprzymuszonej woli.

Zdjęcia pochodzą w prywatnego archiwum autorki bloga. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

 

Komentarze